Namaste! Indie w pigułce

Jędrzej Rayski był wolontariuszem podczas WEMP Indie 2014. Oto jego wrażenia z wyprawy (źródło Druga Strona) :
Gdy zasiadałem do sklecania artykułu, w głowie pojawiła się jedna zasadnicza refleksja – wiele rzeczy, które chciałbym opisać, jest po prostu nie do opisania. Ogrom i złożoność Indii są wyzwaniem nawet dla najwytrwalszych reporterów. 
Właściwie to wszystko sprowadza się do tego, że trzeba tam być żeby to poczuć. Doświadczyć wszystkimi zmysłami. Jadąc tam, wpadasz w zupełnie inny kontekst kulturowy a Indie miejscami zdają się być jak inna planeta.
Zacznijmy jednak naszą wspólną podróż, Drogi Czytelniku, od pewnego zasadniczego
kontrastu.
MIASTO SZEJKÓW
 Klientela linii Emirates jest bardzo zróżnicowana – znajdziemy tutaj japońskiego nastolatka, skrajnego przedstawiciela subkultury emo, z przebitymi wargami i grzywką, która co najmniej 3 razy dziennie chadza na randki w ciemno z prostownicą, kierowcę autobusu brytyjskiego, który cieszy się jak dziecko, widząc przed sobą dotykowy ekran do jego dyspozycji,małżeństwo Chinki i Europejczyka, który całą drogę próbuje utulić swoje maleństwo do snu (bez skutku), i wielu innych.
Wszyscy razem, jako wielonarodowa społeczność pasażerów, wlatujemy do Dubaju. Samolot jest wyposażony w dwie kamery pod nadwoziem, kamerę przednią i „z lotu ptaka”, dlatego możemy oglądać lądowanie na lotnisku w Dubaju.
Stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Kraju przepychu, bogactwa – praktycznie własność szejków. Miasto miliona rozświetlonych punkcików wygląda jak płynne złoto, rozpływające się w ściśniętej ręce ciemności. Lądowanie zapiera dech w piersiach. Przepych tętniący wkażdym skrawku tego miasta przebija się w rozświetlonym krajobrazie. Lotnisko to kolos. Jest ogromne, a futurystyczne kształty przywodzą na myśl filmy z Harrisonem Fordem polującym na androidy. W największym porcie lotniczym świata będziemy czekać 6 godzin, aby następnie udać się na samolot do Delhi o godzinie 4:30.
Lecimy do Indii w ramach wyprawy podczas której będziemy przeprowadzać zajęcia artystyczne z sierotami indyjskimi. 
 
INDIE
Przemyka mi przez myśl, że bańka bezpieczeństwa, którą tak skrzętnie pielęgnuje się w Europie, tutaj pęka. Pierwszemu krokowi postawionemu poza obrębem lotniska towarzyszy atmosfera swego rodzaju preludium do przygody wypełnionej adrenaliną. Żołnierze z lufami karabinów skierowanymi do góry groźnie spoglądają w naszą stronę. Za nimi stoją budki z otworami na wspomniane już akcesorium, w których żołnierze kryją się w momencie zagrożenia. Noszą one ślady niedawnych strzałów.
Jazda z lotniska do miasta zajmuje nam sporą ilość czasu. Na samo pokonanie zadbanej „autostrady lotniskowej” potrzeba 40 minut czasu. Po jej opuszczeniu pryska iluzja, bowiem okazuje się że Indie wcale nie posiadają infrastruktury drogowej na miarę Niemiec. Wręcz przeciwnie…
Ulice Delhi wymagają od kierowcy niemałych umiejętności i mocnego charakteru. Tu nie ma miejsca na grzecznościowe podarunki pierwszeństwa. Jedyną sprawdzoną strategią jest być albo nie być w walce o przetrwanie w samochodowej dżungli. Ankil, miejscowy taksówkarz do wynajęcia, prowadzi nas pewnie przez niekończące się korki, a my przez okna obserwujmy miasto. Wielomilionowa społeczność Delhijczyków obecna jest na każdym najmniejszym skrawku ziemi. Metropolia dosłownie kipi życiem. Słychać ryk klaksonów, używanych w Indiach jako alternatywa kodeksu drogowego. I te wszechobecne kontrasty – przejeżdżamy obok prywatnego szpitala, którego szklana, modernistyczna fasada pręży się dumnie w stronę słońca, liżącego ją swymi promieniami, jakby chciało zasmakować w choć odrobinie luksusu, a obok szałas, pod którym ludzie w łachmanach, na prowizorycznym palenisku przygotowują kolejną porcję ryżu. Wieczorem przechodzimy obok luksusowego sklepu z okularami, a na wycieraczce przed nim leży bezdomny pies.
DZIECI
Na podwórku szkolnym w Dommeru (Południowe Indie) bawię się z bystrym chłopcem, gramy w siatkówkę. Uśmiech nie schodzi mu z twarzy. Uwielbia tańczyć „Waka-waka” Shakiry, jest bardzo rezolutny. Przychodzę do domu i dowiaduję się że jego rodzice zmarli na AIDS. Został sam. Dziwne uczucie dowiadywać się o takich faktach z życia tych dzieci. Na pierwszy rzut oka wyglądają na szczęśliwe, są naprawdę mądre i bystre. Jednak te uśmiechy, tak urokliwe i chwytające za serce, są tylko chwilowe. Te dzieci zmagają się z trudną codziennością. Ich miejscem do snu są metalowe blachy, które, jak można podejrzewać, przy temperaturze 35 stopni nie są dogodnym łóżkiem dla 10-letniego dziecka.
Jednak, mimo wszystko, dobrze sobie radzą. Ich codziennością jest gra w krykieta na pełnym od gruzu i pyłu prowizorycznym boisku. Jedenastoletni chłopiec imieniem Naveen uczy się angielskiego z książek dla dzieci. Chce w przyszłości pojechać do Europy, studiować. O swym marzeniach mówi biegle, nie zacina się. Jego hart ducha mimo codziennych przeciwności jest godny podziwu. Dzieci nigdy w życiu nie widziały śniegu, chyba że w telewizji. Pytają, czy im trochę przywiozę. Stwierdzam, że nie wiem czy śnieg przetrwa tak długą podróż. W odpowiedzi słyszę tylko chóralne „dlaczego?”.
 KRAJOBRAZY

 Podczas podróży motorem do wodospadu ukrytego w porośniętym lasem przesmyku górskim, ujrzałem jeden z najpiękniejszych krajobrazów w moim życiu. Przejeżdżaliśmy obok tamy, która odgradzała jezioro od wysuszonej doliny ledwo porośniętej kilkoma garściami chwastów. Gdy widoczna była dla mnie wyłącznie sucha jej część, to kiedy dojeżdżałem do ogromnej, betonowej zagrody nie podejrzewałem, że po drugiej stronie moim oczom ukaże się jeden z najniezwyklejszych krajobrazów, jakie kiedykolwiek widziałem. Jezioro otoczone zewsząd zielonymi górami. Jego wody wlewały się w wąskie przesmyki, ginąc gdzieś pomiędzy zieloną powierzchnią lasu. Swoistą wisienką na torcie, ukoronowaniem tej zapierającej dech w piersiach sceny, były palmy kokosowe wyrastające z wód jeziora. Spinając ten krajobraz w uogólnioną klamrę – przypominał on kadr wyjęty rodem z filmu „Avatar”. Niestety, nie posiadam namacalnej dokumentacji tej sceny. To była jedna z takich chwil, w których nawet nie myśli się o wyjęciu aparatu.

 Co jednak świadczy o unikalnej wyjątkowości takich miejsc? Otóż paradoksalnie, w tym pędzącym przed siebie świecie zbawienną wręcz cechą miejsc wypoczynku jest  brak komercyjnej eksploatacji. Tworzy się wówczas nić relacji która łączy nas z takim miejscem, gdy obcujemy z naturą sam
na sam. Uczucie nie do odtworzenia w warunkach ośrodków wypoczynkowych i reklam informujących nas, że już za 2 km będziemy mogli zjeść pyszny posiłek w restauracji. Ta dziewiczość, naruszana jedynie przez pasterzy i plemiona z okolicznych wiosek (
ludzi noszących przepaski, nie posiadających świadomości o tym, jak właściwie powinno się zakładać ubrania, mieszkających w domach na palach krytych strzechą, pośród drzew ananasowych, tamarynowych, mangowych i bananowych – słowem, uroczych), stanowi o pięknie natury. Pięknie które można porównać do niemowlaka, na którego rodzice spoglądają ze świadomością, że to w większości od nich zależy kim on będzie za 20 lat. Z tą różnicą, że wszyscy jesteśmy rodzicami.
POSTAWA HINDUSÓW WOBEC POWIERZCHOWNOŚCI
Pewnego dnia odwiedzaliśmy znajomą Hinduskę w jej domu w Dommeru. Podczas naszej 2 godzinnej wizyty przewinęło się tam około dwadzieścia dzieci, do których zaskakująco szybko drogą komunikacji ustnej dotarła wiadomość o białych ludziach, których w tamtych rejonach widuje się wyjątkowo rzadko. Każde musiało doświadczyć wątpliwej przyjemności obcowania z „białasami”. Dotykały naszej białej skóry tak jakby chciały zabrać trochę pigmentu, lub jego braku, dla siebie. Podobna sytuacja spotkała mnie, gdy miałem właśnie opuścić progi kawiarenki internetowej. Gdy właściciel zobaczył że wstaję z fotela i kieruję się ku wyjściu, w pośpiechu wyciągnął z szafy lustrzankę Canona i poprosił o to, abym chwilę został, bo chce zrobić mi zdjęcie z jego córką. Córka była bardzo nieśmiała, i nerwowo śmiała się co 20 sekund. Standardowe zachowanie Hindusek wśród białych. Następnie po wykonaniu zdjęcia, Hinduska spoglądając w aparat wygłosiła opinię „I`m so black, i don`t like it. You are white, and it`s sooo cute”.
Hinduski bardzo lubią się wybielać, szczególnie na zdjęciach. Korzystając z tego wielu grafików robi użytek z Adobe Photoshop i rozkręca biznes. Na ulicach widnieją bannery promujące efekt wybielający skórę a na czasie są budki, gdzie grafik w 1 minutę rozjaśnia twarz do profilowego na Facebooku.
HINDUSKIE SERIALE
Dziewczyna w którą wszedł szatan, podcina sobie żyły i trafia do szpitala, a tam leżąc na łóżku spogląda zalotnie w oczy innego faceta konającego obok niej na innym łóżku szpitalnym. On zrywa się, przy okazji wyrywając sobie z ręki kroplówkę, podchodzi do niej i zaczyna gładzić ją po twarzy. Wymieniają głębokie spojrzenia. Z drzwi spoglądają kumple tegoż faceta i zaczynają klaskać. Z ekranu tryska magia Tollywoodu (odmiana Bollywoodu w języku telugu). Ten cały magiczny spektakl ogląda cała rodzina, nie wyłączając małych 5 letnich dzieci. A oprócz tego serialu cały serwis różnego rodzaju rozrywek – podcinanie żył, seks, realistyczne morderstwa, imprezy, alkohol i narkotyki. Wszystko w jednym odcinku serialu tzw. „szybkiej akcji”. Łączy pokolenia, tak jak polskie „M jak miłość”.Gdybyś jednak, Drogi Czytelniku, spróbował się zaśmiać widząc te tanie chwyty z hinduskich seriali, napotkałbyś wzrok Hindusa przepełniony wyrazem niezrozumienia. „Przecież to jest straszne/wzruszające!” mówiłyby jego oczy.
MENTALNOŚĆ
Wypadkową zarówno klimatu, jak i zakorzenionej wiary w reinkarnację jest fakt, że Hindusi wiele rzeczy robią powoli. Baardzo powoli. Po co bowiem się spieszyć, skoro i tak będziemy mieli na to kolejne, i kolejne życie? Na przykładzie – Gola Kanthi, człowiek prowadzący sierociniec, pewnego dnia postanowił zorganizować wycieczkę nad wodospad z całą ferajną podopiecznych. Jednak dla Hindusów słowo „organizacja” ma nieco inną definicję niż Europejczyków – u nas gdy coś jest zorganizowane, jest z reguły poukładane, że tu się dzieje to, a następnie tamto, planujemy poszczególne godziny. Tutaj nie przywiązuje się aż takiej wagi do upływu czasu. Gola Kanthi nie spieszył się z wyjazdem. Rano rzucił stwierdzeniem – „Zaraz wyjeżdżamy”. Bodajże po upływie 2 godzin udało nam się w końcu odpalić silnik auta i ruszyć w drogę, a w międzyczasie jeszcze dokończył konwersację ze znajomymi, wziął prysznic, ubrał się, przypomniał sobie że nie jadł śniadania i je zjadł, a my w tym czasie zdążyliśmy przeprowadzić warsztaty artystyczne. Hindusi czas mierzą innymi kategoriami.
Warto również wspomnieć jak wyglądał transport całego sierocińca do celu wycieczki, który był oddalony o około 2,5 godziny drogi. Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że zamawia się klimatyzowany autobus, w każdym siedzeniu są pasy, a kierowca upomina, że lepiej nie chodzić po autobusie, bo a nóż widelec coś złego się może stać. Jednak Gola Kanthi wpierw zamówił 2 tuk-tuki, jeden z najpopularniejszych środków lokomocji w Indiach (najbezpieczniej jest aby w środku jechało 5 osób – dzieci weszło 17). Jedno małżeństwo z 9 miesięcznym dzieckiem wsiadło na motor, a my – to znaczy Gola Kanthi, jego żona, dwójka dzieci, ja i dwójka uczestników wyprawy – wsiedliśmy do 5 osobowego auta. Faktem jest, że Hindusi nie mają kompletnie wiedzy co się dzieje w trakcie wypadku, i nie starają się niwelować w jakikolwiek sposób jego skutków. Ich podejście można streścić do zdania „jak będzie wypadek to nic nie poradzimy. jak nie będzie – to przecież nic złego się nie dzieje”.
Z Indii można czerpać jak z niekończącego się źródła. Opisy można mnożyć, lecz aby w pełni je poczuć, trzeba się tam znaleźć. Wówczas można tą rzeczywistość pokochać albo znienawidzić. Ja pokochałem.
Jędrzej Rayski